Archiwa tagu: reprezentacja

Czekulada – piłkarz który mógł być mistrzem świata

Takich piłkarzy, którzy decydowali o obliczu Kolejorza, było pewnie kilku, ale ja, jako młody, wtedy 11 letni, chłopak, najlepiej zapamiętałem właśnie Jakóba, zwanego także Czekuladą. Roman Jakóbczak trafił do Lecha po półrocznej karencji (razem z Włodkiem Wojciechowskim), bo odchodził z Pogoni Szczecin w 1971 roku bez wymaganej zgody klubu, gdy Kolejorz walczył o powrót do ekstraklasy. To właśnie od tego czasu trwają animozje między kibicami obu drużyn.

Mój pierwszy mecz Lecha, na który przyszło 60 tys. widzów, poprzedzony był paroma nowinkami (dla mnie). Jechałem na mecz razem z kolegami, ale ostatnie 2 przystanki, to już był taki ścisk, że wszyscy wisieliśmy na schodkach, tyłkami wystając poza tramwaj. Kiedy już dojeżdżaliśmy do stadionu wszyscy zaczęli wyskakiwać w biegu. Niestety, wtedy przekonałem się, że nie wolno się zatrzymywać, tylko trzeba biec w kierunku jazdy. Dziura w nowiutkich, świątecznych spodniach na kolanie została na pamiątkę mojego pierwszego meczu. Potem koledzy mi powiedzieli, że trzeba się przykleić do kogoś starszego, jak do taty i tak przejść bramkę, bo inaczej nie wpuszczą na mecz. Udało się. Wygraliśmy 3:0 z ROW-em Rybnik.

Parę tygodni później Lech był w I lidze (teraz ekstraklasa). Pierwszy mecz, po powrocie do ekstraklasy, był z Legią. Przyszło 45 tys. widzów na stadion, ale mecz chyba leciał też w telewizji. Jakób strzelił w drugiej połowie z wolnego i Lech wygrał 1:0. Fajnie, wygraliśmy z wielką wtedy Legią drużyną Gadochy, Deyny, Blauta, Ćmikiewicza, Stachurskiego. Bronił wtedy w Legii Piotrek Mowlik, który później grał w Lechu. Po paru następnych meczach zaczęły krążyć legendy, że jak Jakób strzela wolnego, to albo pada ktoś z muru, albo pęka poprzeczka, albo bramkarz wpada do bramki z piłką. Rzeczywiście, przeciwnicy nie mieli łatwo, na szczęście częściej piłka leciała nad murem lub obok i wpadała do siatki. Miał chłopak niezłe kopytko i chyba damski rozmiar buta, co dawało jeszcze większą moc. Teraz do treningów rzutów wolnych ustawiany jest mur z manekinów. Wtedy musieli stać koledzy. Podobno już we Wrześni, gdzie zaczynał karierę, poobijał żebra wielu z nich.

W Lechu trafił na trenera Białasa, który też lubił strzelać i razem pracowali nad ułożeniem nogi, tak, żeby do siły doszła precyzja. I doszła. Mimo, że był pomocnikiem, strzelał niewiele mniej bramek od napastników. Zawsze precyzyjnie tuż obok słupka lub w okienko. Zauważył go w końcu także trener Górski. Pamiętam jego chyba pierwszy mecz w kadrze, ale nie ma go w kronikach, bo to był sparing z klubem, o ile pamiętam z holenderskim Twente Enschede wygrany 2:0. Jakób stał po prawej stronie, jakieś 5 m od połowy boiska i leciała na niego taka półgórna piłka. Ponieważ mu kibicowałem, mówię sobie, dobrze przyjmij na klatę i wystaw szybkim napastnikom. Nie pamiętam już, czy grał Gadocha. Lato strzelił drugą bramkę na wypełnionym, po brzegi, płockim stadionie (padł chyba wtedy rekord frekwencji, prawie 30 tys. widzów). Obaj byli szybcy i biegali 100 m w 11 sekund. No a Romek, zwinął się w powietrzu i kropnął z woleja, z pół obrotu, w kierunku bramki. Kamera przestawiała się powoli i nagle widzimy w telewizorze jak piłka wpadła między ręką bramkarza a poprzeczką. Bramkarz wyszedł kilka metrów przed bramkę, bo się nie spodziewał, że ktoś kropnie z taką siłą, z połowy boiska i to z miejsca, bez rozbiegu.

Gra Romka nie była skomplikowana, miał dobry przegląd pola, nie pozwalał sobie odebrać piłki, umiał dokładnie i mocno zagrać nawet na 40 metrów, ale jak miał trochę wolnej przestrzeni to się rozpędzał i szedł jak taran, często na przebitkę, byle dotrzeć do 25-30 metra i stamtąd kropnąć na bramkę, lub obsłużyć napastnika, albo wywalczyć rzut wolny. Często był faulowany, co w tej okolicy stanowiło potężną groźbę dla przeciwnika. Dzięki takim akcjom wygrał nie jeden mecz dla Lecha.

Jakób zagrał kilka razy w reprezentacji, ale wtedy grali w niej Deyna, Kasperczak i Maszczyk, a w rezerwie był jeszcze Ćmikiewicz, więc ciężko się było przebić. Kibice Lecha mieli oczywiście straszne pretensje do trenera Górskiego. Na MŚ 74 Roman Jakóbczak na szczęście się załapał i pojechał. I kiedy był mecz z Niemcami, na boisku pełnym wody, gdzie mokra piłka była bardzo ciężka, a strzały Gadochy i Deyny leciały w okienko, ale za słabo i Sepp Mayer łapał wszystko, bo miał mecz życia, pomyślałem sobie: w 60 minucie trener wpuści Jakóba, a ten kropnie jak z armaty i Mayer wpadnie do bramki razem z piłką.

Nie wszedł. Trener zrobił inne zmiany. Nie zostaliśmy mistrzami świata. To był ten dzień i ten mecz, kiedy Romka Jakóbczaka mógł zapamiętać cały świat, a tak pamiętają go kibice z Wielkopolski i z francuskich klubów, gdzie spędził parę lat po odejściu z Lecha. Dziękujemy Panie Romanie za wszystkie te emocje.

Jeśli podobał ci się artykuł polub stronę na facebooku: https://www.facebook.com/antrejkapl