Archiwa tagu: Lech

Ostatni medalista mistrzostw świata w Lechu – wielki talent

Na zdjęciu/filmie z youtube widzimy trzech piłkarzy grających kiedyś w Lechu, którzy grali w meczu pożegnalnym z kadrą Włodka Lubańskiego. O Piotrku Mowliku już pisałem. Dla Hirka Barczaka to 1980 rok był najlepszy w karierze. Zagrał wtedy w 8 meczach towarzyskich kadry. Na medal się nie załapał, na mistrzostwa nie pojechał, ale dla Lecha był legendą. Ja do tej pory uważam go za najbardziej pracowitego piłkarza jaki kiedykolwiek zagrał w Lechu, a potrafił zagrać w 167 kolejnych meczach Lecha. Był nie do zastąpienia. To od niego trener zaczynał ustawianie składu. Dzisiaj to nie do pomyślenia.

Piotrek Skrobowski miał olbrzymi talent. Już w kadrze juniorów zdobył wicemistrzostwo Europy. Na tym filmie widać jak w wieku 19 lat grał z takimi sławami jak Włodzimierz Lubański, Grzegorz Lato, Zbigniew Boniek, Władysław Żmuda, Paweł Janas.

W kadrze grał jako defensywny obrońca, ale w Lechu często występował jako stoper. Na stopera był trochę za mały i miał zbyt delikatną posturę.

Przed Mundialem’82 grał w wielu meczach kontrolnych. Na Mundial pojechał, jednak na miejscu okazało się, że ból nogi jest zbyt duży na grę, a po prześwietleniu okazało się, że miał pękniętą kość strzałkową. Pech, trochę podobny do tego jaki spotkał Kamila Glika.

Potem miał rok przerwy, odszedł z Wisły, trafił do Lecha, ale wielkiej formy już nie pokazał. Z Lechem zdobył Puchar Polski w 88 roku. Miał więc spore sukcesy, niestety chyba marzył o większej karierze. Czegoś mu zabrakło. O ile dobrze pamiętam, był trochę za miękki w grze, za drobny i za niski, żeby dobrze grać na stoperze. Może przerwa spowodowała, że ciężko mu było wrócić do wielkiej gry. Kto jednak nie chciałby pojechać na Mundial i być razem z trzecią drużyną świata ?

To już ostatni medalista, grający kiedyś w Kolejorzu, ze złotego okresu polskiej piłki (lata 69-83). W kolejnych odcinkach przypomnę medalistów z późniejszego okresu.

Zapraszam do polubienia strony na fejsie Antrejki

LECH – LEGIA Polski klasyk

Ostatni raz maseczka Lecha na mojej twarzy będzie w sobotę 30.05.2020 r. W tym samym dniu o godz. 20.00 odbędzie się Wielki Klasyk polskiej Ekstraklasy Lech Poznań – Legia Warszawa.

O meczach Lecha z Legią pisałem już parę razy. Starsi kibice pamiętają mecz z Legią, w którym Jakób strzelił bramkę Mowlikowi w 1972, w pierwszym meczu po powrocie do ekstraklasy.

Potem był pamiętny mecz w Częstochowie, w którym pan Piotr grał już u nas, ale za to Okoń grał w Legii. Piotra Mowlika kochają w Poznaniu i w Warszawie.

Później o wynikach meczów Lecha z Legią decydowały zawsze: ambicja, wybieganie i serce oddane dla drużyny. Legia przez długie lata miała więcej piłkarzy w kadrze, większy budżet i lepszych piłkarzy. Dlatego, żeby wygrać z Legią trzeba po pierwsze walczyć. Jeśli zobaczymy, że w pierwszych 10 minutach piłkarze Lecha nie odstępują przeciwnika dalej niż na 1,5 m, kiedy tamten jest przy piłce, to będzie zapowiedź remisu. Jeśli piłkarze Lecha będą mieć w końcowych statystykach więcej wybieganych kilometrów od przeciwnika, to będzie szansa na zwycięstwo. To będzie świadczyć tym, że wychodzili na pozycję i nie bali się odpowiedzialności. Do zwycięstwa potrzebne będzie jeszcze waleczne serce.

Jeden z artykułów nazwaliśmy „Waleczne serce” i był to pierwszy artykuł w kategorii „Duma Wielkopolski„. Dlaczego akurat ten piłkarz. Bo to może być piłkarz symbol Lecha. Kiedy wchodzi na boisko, a nie zawsze gra w pierwszym składzie, na boisku zaczyna się walka. Widać po jego szarżach właśnie walkę. Nawet jak ktoś mu stanie na drodze, to potrafi piłkę przepchnąć, tak aby iść dalej do przodu. Takich piłkarzy, walczących o każdy metr boiska potrzebuje Lech na mecz z Legią.

Nie zawsze Lech miał słabszych piłkarzy. Były takie okresy i takie szkielety drużyny: Adamiec-Kupcewicz-Okoński, Arboleda-Stilic-Lewandowski/Rudniev, że mieliśmy lepszych piłkarzy od Legii. Jednak przez większe okresy czasu sukcesy przychodziły po wspaniałej walce. Tak też było w słynnym Pucharze Polski w 2004 roku. Można jeszcze zobaczyć relację z atmosfery tamtego meczu na youtube:

I tego właśnie trzeba życzyć Lechowi. Żeby starczyło sił, ambicji, serca do walki i trochę szczęścia. W ostatnich latach bardzo rzadko w Wielkim Klasyku nie padały bramki. Tak na pewno będzie i tym razem. Bramki padną i oby więcej strzelił Lech. Dużo będzie zależało od defensywnego pomocnika. Jeśli zagra Muhar, musi pamiętać, że z Legią się nie śpi, tak jak przy bramce w ostatnim meczu ze Stalą Mielec i nie robi się bezmyślnych wślizgów. Po kartce na początku meczu ten piłkarz staje się bezużyteczny dla drużyny. Tak więc pełna koncentracja od początku i nie odpuszczanie przeciwnika na więcej niż 2 metry. Trzeba na nich wsiąść i trzymać, aż do drugiej bramki. Dopiero potem trochę oddechu.

W górę serca …

Lechita, którego kochali w Warszawie

To kolejny medalista w Lechu, którego kochali także kibice innych klubów. Kupcewicza w Arce, Guta w Odrze, a Piotra Mowlika w Legii. Grał tam 6 lat, podobnie jak w Lechu i to w barwach tego klubu zdobył medal na Olimpiadzie w Montrealu w 1976. Zagrał w finale, zmieniając słabo spisującego się Janka, kiedy przegrywaliśmy 2:0. Niestety b. dobra gra pana Piotra nie pomogła, bo bramkarz drużyny przeciwnej był też świetny. Szkoda, bo po tym meczu pożegnał się z kadrą pan Kazimierz Górski. Miał sporo pretensji do zaangażowania piłkarzy. Trzecia drużyna świata nie powinna przegrywać zawodów, w których wtedy liczyły się tylko państwa z bloku wschodniego.

Na youtube są dostępne fragmenty tego meczu jak i innych meczów reprezentacji.

W kadrze pan Piotr grał głównie mecze towarzyskie, ale miał możliwość zagrać w finale olimpijskim i dwóch meczach eliminacyjnych z Maltą do Mundialu’82 w Hiszpanii. Zdobył drugi swój medal, także srebrny, ale był tam rezerwowym. Ten medal zdobył w barwach Lecha, ale podobnie jak z było z Romkiem Jakóbczakiem w MŚ’74, nie dostał szansy gry. Bardzo mu wtedy kibicowaliśmy i cieszyliśmy się, że dostał się do kadry. Dziwiliśmy się, że nie było w niej Mirka Okońskiego. Co by było gdyby ?

Na zrobienie większej kariery zabrakło chyba wzrostu. 178 cm to było za mało dla trenerów kadry i ci woleli wyższych bramkarzy, ale jego pewność w grze i zawsze doskonała forma sprawiały, że w tej kadrze był przez wiele lat i ma dużo występów w meczach towarzyskich.

Wiele lat grał z kontuzją. Ta kontuzja chyba pozwoliła mu przejść do Lecha. Legia sądziła, że już nie warto inwestować w tego piłkarza, a Lech miał przez 6 lat bardzo pewny punkt drużyny. Pana Piotra pamiętam jako bardzo sprawnego bramkarza, szczególnie na linii bramkowej, ale rzeczywiście, czasami górnych piłek nie sięgał. Był też bardzo twardy, jak na bramkarza przystało. Często grał z kontuzją, a nawet w kamizelce z połamanymi żebrami (w Stanach).

W Lechu osiągnął dwa sukcesy, zdobył Puchar Polski i Mistrzostwo w 1983 r. To była wtedy paka. O Kupcewiczu już pisałem, o Okońskim napiszę wkrótce, zaraz po medalistach.

Najbardziej pamiętamy pana Piotra z 2 meczów. Debiutu Lecha po powrocie do ekstraklasy, chyba w 1972 roku, gdy pana Piotra, wtedy gracza Legii, pokonał z wolnego Roman Jakóbczak, a także z meczu w Częstochowie w 1980 r.

Kibiców, którzy wtedy byli na meczu, bardziej interesowało to co się działo na trybunach, bo latały wtedy krawężniki i każdy widz był zagrożony, także kobiety i dzieci. Podobno było kilka ofiar śmiertelnych, jak mi opowiadali wtedy koledzy z Dębca. Ja, oglądając mecz w telewizji, martwiłem się w tym czasie formą Lecha i porażką 0:5. Jedną z bramek strzelił Lechowi Mirek Okoński, który odpracowywał w Legii wojsko, a pan Piotr miał jeden ze słabszych meczy w karierze. Miał w tym dniu ciężkie, osobiste przeżycia i nie powinien grać.

Trener Łazarek bardzo chwalił pana Piotra za postawę na treningach. To potem było widać w meczach. Był zawsze świetnie przygotowany, szybko wychodził do pozycji sam na sam i wiele z nich wygrywał. Miał świetne wyczucie, gdzie piłka poleci, świetny refleks i robił cudowne robinsonady.

W kategorii Duma Wielkopolski https://antrejka.pl/category/duma-wielkopolski/ jest już kilku medalistów Olimpiad i Mistrzostw Świata, którzy grali kiedyś w Lechu. Jest jeszcze jeden piłkarz z medalem z tamtych czasów. Napiszę o nim za tydzień. Potem przejdę do medalistów trochę młodszych, a potem do gwiazd Lecha.

Polubcie antrejkę na facebooku: https://www.facebook.com/antrejkapl

Zajrzyjcie na tę stronę, jest dużo ciekawych ofert na Dzień Dziecka:

Miszcz olimpijski w Kolejorzu

Ja dyrdałem na Kolejorza już jak miał 11 lat. Pisał ja niedawno o niedoszłym miszczu świata tutej:

Tera czas na szczuna, który grał w giyrę z Czekuladą i był miszczem olimpijskim. Miał więcej farta, niż Czekulada. Zadebiutował na olimpiadzie w bardzo ważkim meczu z NRD. Maludy i gzuby pewnie nie wiedzą co to. Na Mundialu 74 też grał w meczach z Haiti i Szwecją.

Winettou, miał taką ksywę, zagrał także w finale olimpijskim z Węgrami. Wszyscy my się glapili wtedy w telewizor i znali my każdego grajka.

Kanał tvp.sport na youtube:

Ale ja czekoł jeszcze 2 lata, aż w Kolejorzu zagro. Ja poszedł na blałkę, wziął szalik na bary i szpycał jak gro miszcz olimpijski. W Kolejorzu grał 5 lat, przyszedł do nas po Mundialu z Odry Opole. Miał bardzo szybkie szkiety, 100 m w 11 sekund, a chapał za dwóch. Biegał wte i wewte, albo fyrał przeciwnikom do przodu, albo ganiał za napadziorami. Nie sieknął ani jednej kasty, ale jo zapamiętał go. Jak fyrał w przód to gibał się na 2 strony i miał swój knyf na guły od rywala. Nawet jak była glajda, to dawał szpunta w przód, a łoni się ligali i byli cali oglajdrani. Podobno nie palił ćmików i nie chloł gorzoły. Nie brenczał, ino harował na boichu. Po prostu Miszcz.

Zbigniew Gut zmarł w 2010 roku, we Francji, do której wyjechał z Kolejorza. To wspomnienie w poznańskiej gwarze, jest po to, żeby go przypomnieć poznańskim kibolom. Antrejka.pl ma, wśród innych, takie 2 cele, przypominanie gwary i dawnych mistrzów Kolejorza, takich jak Czekulada i Winettou. Bardzo go lubiłem za to, że nie odpuszczał, był pracowity, grał w prosty sposób, ale, przez to trudny dla przeciwnika. Czasami podwórkowym zwodem, uwalniał się od 2, 3 rywali. Pewnie w Opolu też go dobrze wspominają, bo do kadry wszedł jako piłkarz Odry, ale za złoty medal olimpijski kochała go wtedy cała Polska, za mundialowe srebro zresztą też, choć wtedy bohaterem został Adam Musiał z krakowskiej Wisły, posadzony podobno na ławkę za niesubordynację w meczu ze Szwecją. Już takich szczegółów nie pamiętam. Dobrze, że Winettou był w Lechu i mogłem go oglądać na własne oczy. Kiedy w Kolejorzu zagra znów mistrz olimpijski, świata lub Europy. Oby już po EURO 2021.

Jeśli podobał ci się artykuł polub proszę stronę na facebooku: https://www.facebook.com/antrejkapl

Czekulada – piłkarz który mógł być mistrzem świata

Takich piłkarzy, którzy decydowali o obliczu Kolejorza, było pewnie kilku, ale ja, jako młody, wtedy 11 letni, chłopak, najlepiej zapamiętałem właśnie Jakóba, zwanego także Czekuladą. Roman Jakóbczak trafił do Lecha po półrocznej karencji (razem z Włodkiem Wojciechowskim), bo odchodził z Pogoni Szczecin w 1971 roku bez wymaganej zgody klubu, gdy Kolejorz walczył o powrót do ekstraklasy. To właśnie od tego czasu trwają animozje między kibicami obu drużyn.

Mój pierwszy mecz Lecha, na który przyszło 60 tys. widzów, poprzedzony był paroma nowinkami (dla mnie). Jechałem na mecz razem z kolegami, ale ostatnie 2 przystanki, to już był taki ścisk, że wszyscy wisieliśmy na schodkach, tyłkami wystając poza tramwaj. Kiedy już dojeżdżaliśmy do stadionu wszyscy zaczęli wyskakiwać w biegu. Niestety, wtedy przekonałem się, że nie wolno się zatrzymywać, tylko trzeba biec w kierunku jazdy. Dziura w nowiutkich, świątecznych spodniach na kolanie została na pamiątkę mojego pierwszego meczu. Potem koledzy mi powiedzieli, że trzeba się przykleić do kogoś starszego, jak do taty i tak przejść bramkę, bo inaczej nie wpuszczą na mecz. Udało się. Wygraliśmy 3:0 z ROW-em Rybnik.

Parę tygodni później Lech był w I lidze (teraz ekstraklasa). Pierwszy mecz, po powrocie do ekstraklasy, był z Legią. Przyszło 45 tys. widzów na stadion, ale mecz chyba leciał też w telewizji. Jakób strzelił w drugiej połowie z wolnego i Lech wygrał 1:0. Fajnie, wygraliśmy z wielką wtedy Legią drużyną Gadochy, Deyny, Blauta, Ćmikiewicza, Stachurskiego. Bronił wtedy w Legii Piotrek Mowlik, który później grał w Lechu. Po paru następnych meczach zaczęły krążyć legendy, że jak Jakób strzela wolnego, to albo pada ktoś z muru, albo pęka poprzeczka, albo bramkarz wpada do bramki z piłką. Rzeczywiście, przeciwnicy nie mieli łatwo, na szczęście częściej piłka leciała nad murem lub obok i wpadała do siatki. Miał chłopak niezłe kopytko i chyba damski rozmiar buta, co dawało jeszcze większą moc. Teraz do treningów rzutów wolnych ustawiany jest mur z manekinów. Wtedy musieli stać koledzy. Podobno już we Wrześni, gdzie zaczynał karierę, poobijał żebra wielu z nich.

W Lechu trafił na trenera Białasa, który też lubił strzelać i razem pracowali nad ułożeniem nogi, tak, żeby do siły doszła precyzja. I doszła. Mimo, że był pomocnikiem, strzelał niewiele mniej bramek od napastników. Zawsze precyzyjnie tuż obok słupka lub w okienko. Zauważył go w końcu także trener Górski. Pamiętam jego chyba pierwszy mecz w kadrze, ale nie ma go w kronikach, bo to był sparing z klubem, o ile pamiętam z holenderskim Twente Enschede wygrany 2:0. Jakób stał po prawej stronie, jakieś 5 m od połowy boiska i leciała na niego taka półgórna piłka. Ponieważ mu kibicowałem, mówię sobie, dobrze przyjmij na klatę i wystaw szybkim napastnikom. Nie pamiętam już, czy grał Gadocha. Lato strzelił drugą bramkę na wypełnionym, po brzegi, płockim stadionie (padł chyba wtedy rekord frekwencji, prawie 30 tys. widzów). Obaj byli szybcy i biegali 100 m w 11 sekund. No a Romek, zwinął się w powietrzu i kropnął z woleja, z pół obrotu, w kierunku bramki. Kamera przestawiała się powoli i nagle widzimy w telewizorze jak piłka wpadła między ręką bramkarza a poprzeczką. Bramkarz wyszedł kilka metrów przed bramkę, bo się nie spodziewał, że ktoś kropnie z taką siłą, z połowy boiska i to z miejsca, bez rozbiegu.

Gra Romka nie była skomplikowana, miał dobry przegląd pola, nie pozwalał sobie odebrać piłki, umiał dokładnie i mocno zagrać nawet na 40 metrów, ale jak miał trochę wolnej przestrzeni to się rozpędzał i szedł jak taran, często na przebitkę, byle dotrzeć do 25-30 metra i stamtąd kropnąć na bramkę, lub obsłużyć napastnika, albo wywalczyć rzut wolny. Często był faulowany, co w tej okolicy stanowiło potężną groźbę dla przeciwnika. Dzięki takim akcjom wygrał nie jeden mecz dla Lecha.

Jakób zagrał kilka razy w reprezentacji, ale wtedy grali w niej Deyna, Kasperczak i Maszczyk, a w rezerwie był jeszcze Ćmikiewicz, więc ciężko się było przebić. Kibice Lecha mieli oczywiście straszne pretensje do trenera Górskiego. Na MŚ 74 Roman Jakóbczak na szczęście się załapał i pojechał. I kiedy był mecz z Niemcami, na boisku pełnym wody, gdzie mokra piłka była bardzo ciężka, a strzały Gadochy i Deyny leciały w okienko, ale za słabo i Sepp Mayer łapał wszystko, bo miał mecz życia, pomyślałem sobie: w 60 minucie trener wpuści Jakóba, a ten kropnie jak z armaty i Mayer wpadnie do bramki razem z piłką.

Nie wszedł. Trener zrobił inne zmiany. Nie zostaliśmy mistrzami świata. To był ten dzień i ten mecz, kiedy Romka Jakóbczaka mógł zapamiętać cały świat, a tak pamiętają go kibice z Wielkopolski i z francuskich klubów, gdzie spędził parę lat po odejściu z Lecha. Dziękujemy Panie Romanie za wszystkie te emocje.

Jeśli podobał ci się artykuł polub stronę na facebooku: https://www.facebook.com/antrejkapl

Waleczne Serce!

Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie trochę zarozumiałego, zbyt pewnego siebie. W seniorach Kolejorza otrzymał szansę debiutu już blisko 3 lata temu, ale droga do następnych ekstraklasowych występów w niebiesko-białych barwach okazała się dla niego wyjątkowo kręta i wyboista. Był ważną postacią kolejnych reprezentacji młodzieżowych, jednak cały czas czeka na powołanie od selekcjonera kadry U-21, Czesława Michniewicza.  Część z Was pewnie już się domyśla o kim mowa, ale gwoli formalności – pierwszym bohaterem cyklu „Duma Wielkopolski” będzie Tymoteusz Puchacz.

Chociaż z Lechem popularny „Puszka” związany jest od 2013 roku, jego kariera mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Jak zdradził w jednym z jesiennych wywiadów dla Przeglądu Sportowego (autor Maciej Sypuła):

„…Miałem 13 lat i grałem w turnieju, gdzie mierzyły się ze sobą reprezentacje różnych województw. Tam właśnie wypatrzył mnie Radosław Kucharski, który wtedy był skautem Legii. Wpadłem mu w oko, od razu odszukał moich rodziców i powiedział, że z miejsca mnie biorą do siebie. Byłem kibicem Lecha od zawsze, ale tata mówił mi wtedy, że nie mogę tak na to patrzeć, bo przede wszystkim muszę grać w piłkę i skupiać się na rozwoju…”

Ostatecznie wszystko skończyło się po myśli pochodzącego z okolic Świebodzina zawodnika, ponieważ chwilę później ofertę złożyli także Poznaniacy i Tymek bez wahania wybrał rozwój w położonej we Wronkach prestiżowej akademii.

Pierwsze koty za płoty

W Lechu dosyć sprawnie pokonywał kolejne szczeble na poziomie juniorskim, z czasem coraz głośniej pukając do drzwi pierwszego zespołu. Swoją szansę otrzymał od Nenada Bjelicy, który wpuścił nastolatka na ostatnie 10 minut w wyjazdowym spotkaniu sezonu 2016/17 przeciwko Termalice Bruk-Bet Nieciecza. Jednak pierwszym tak naprawdę poważnym testem dla „Puszki” miało okazać się dopiero wypożyczenie do pierwszoligowego Zagłębia Sosnowiec, do którego trafił zimą 2018 roku – podobną drogę w przeszłości pokonywało wielu innych adeptów akademii, z Janem Bednarkiem czy Robertem Gumnym na czele. W Sosnowcu na młodzieżowego reprezentanta Polski nie czekała jednak żadna taryfa ulgowa, ponieważ Zagłębie pod batutą Dariusza Dudka na wiosnę miało realnie włączyć się do wyścigu o awans do Ekstraklasy. Rzucony na głęboką wodę „Puszka” poradził sobie znakomicie – na lewym boku obrony rozegrał wszystkie spotkania rundy wiosennej, walnie przyczyniając się tym samym do końcowego sukcesu Zagłębiaków.

Nie było zatem niespodzianką, że po awansie do najwyższej klasy rozgrywkowej Dariusz Dudek zamierzał dalej korzystać z usług ofensywnie przysposobionego obrońcy. Niestety trwało to stosunkowo krótko – po nieudanej inauguracji sezonu 2018/19 to młodziutki Puchacz stał się jedną z pierwszych ofiar awanturniczej i chaotycznej polityki Zagłębia, które w hurtowych ilościach sprowadzało kolejnych wątpliwej jakości kopaczy, desperacko upatrując w nich nadziei na utrzymanie. Pod koniec letniego okienka Tymek zrozumiał, że w Sosnowcu nie spotka go już więcej nic dobrego,  dlatego w trosce o dalszy rozwój kariery, rzutem na taśmę, zdążył zaczepić się na kolejnym wypożyczeniu, tym razem w pierwszoligowym GKS Katowice. Ostatecznie ten sezon nie należał do najbardziej udanych, ani indywidualnie dla Puchacza, który trochę obniżył loty, ani dla samej Gieksy, która sezon kończyła z hukiem spadając do drugiej ligi.

Trudne chwile

Mimo wszystko katowickiej przygody wychowanek Lecha nie może wspominać wyłącznie negatywnie, ponieważ regularna gra pozwoliła mu załapać się do kadry Jacka Magiery na Mistrzostwa Świata U-20. Kadry, w której Tymek miał być jedną z kluczowych postaci podczas rozgrywanej w Polsce imprezy. Tego okresu młody Lechita również nie będzie szczególnie wspominać – w meczu otwarcia przeciwko Kolumbii wystąpił co prawda z kapitańską opaską, ale po nieudanym występie pozostałe zmagania swoich kolegów oglądał z ławki, zaliczając jedynie epizodyczne występy z Senegalem i Włochami.

I tutaj dobrnęliśmy do momentu prawdy, jaki czekał na Tymoteusza Puchacza po powrocie z blisko półtorarocznej śląskiej tułaczki. W Lechu na całego trwała ubiegłoroczna letnia rewolucja, a jej najbardziej istotnym elementem miało być oparcie drużyny właśnie o poznańską młodzież, adeptów znanej w tej części kontynentu Akademii Lecha Poznań. Popularny „Puszka” na taką szansę czekał od dawna, ale postawione przed nim zadanie wcale nie należało do najłatwiejszych – o miejsce w składzie docelowo miał rywalizować z dużo bardziej doświadczonym, chociaż nie potrafiącym ustabilizować formy, Wołodymyrem Kostewyczem. Jako kibic dosyć sceptycznie podchodziłem do osoby wychowanka, zwłaszcza, że w przedsezonowych materiałach emitowanych w klubowej telewizji jawił się trochę jako celebryta.  Jak się później okazało – nic bardziej mylnego, tym samym biję się w pierś i pierwszy posypuję głowę popiołem. Ale po kolei.

Będą z niego ludzie

Tymek od najmłodszych lat uchodził za uniwersalnego zawodnika, występując na różnych etapach kariery zarówno w ataku, na skrzydłach, jako wahadłowy czy klasyczny boczny obrońca. Jego walory, takie jak duża szybkość, przebojowość, siła i nieźle ułożona lewa noga pozwalały mu dosyć szybko dostosować się do wizji kolejnych trenerów. Chociaż w trakcie seniorskiej kariery najczęściej ustawiany był jako lewy obrońca, trener Żuraw bardzo dobrze wiedział co robi dając Puchaczowi więcej swobody i bardziej ofensywne zadania. Po nieco chaotycznym początku z meczu na mecz mogliśmy obserwować coraz lepszego zawodnika, niezależnie czy akurat występował jako prawo czy lewoskrzydłowy. Z czasem przyszły także liczby, a warto w tym miejscu zaznaczyć, że jak już „Puszka” strzela, to w stylu „stadiony świata”.

Tutaj rajd, którego nie powstydziłby się sam Arjen Robben:

Żródło: oficjalny kanał PKO BP Ekstraklasy na YouTube

A tutaj precyzyjna lufa prosto w widły:

Żródło: oficjalny kanał PKO BP Ekstraklasy na YouTube

W dzisiejszym wpisie już dwukrotnie wspomniałem o moim nieco negatywnym, ostatecznie jednak całkowicie błędnym odbiorze wizerunku piłkarza. Faktycznie, „Puszka” lubi pogadać, nie wstydzi się kamery, czasami trochę buńczucznie wypowiada się na różne tematy. Ale bije też od niego taka bezwarunkowa, zaszczepiona już za młodzieńczych lat miłość do Lecha, a sam wielokrotnie wspomina, że gra z Kolejowym herbem na piersi to spełnienie jego marzeń. Na boisku haruje za dwóch, jeździ na tyłku do ostatniej minuty, zostawia kawał serducha. I nawet jeżeli czasami jego wypowiedź zabrzmi trochę niefortunnie, to jednak po lepszym poznaniu nie sposób go nie polubić i przede wszystkim nie szanować.

Przymiotów Puchacza, jakimi niewątpliwie są także duże przyspieszenie na krótkim dystansie, odważna gra jeden na jednego czy umiejętność zastawiania piłki, nie może dłużej lekceważyć wspomniany na wstępie Czesław Michniewicz, który przed wybuchem epidemii nosił się z poważnym zamiarem wyróżnienia Lechity powołaniem do Reprezentacji Polski U-21. Tymka pozostaje pocieszyć tym, że jeżeli dalej będzie solidnie pracował i grał swoje to nie tylko drzwi kadry uchylą się przed nim szeroko. Jeżeli tylko popracuje nad swoimi wadami, między innymi nad celnością uderzeń, grą słabszą nogą i większym spokojem w rozgrywaniu piłki to nie tylko KKS będzie miał w najbliższej przyszłości dużo pociechy z jego gry . Młody, dynamiczny, silny i lewonożny zawodnik, który z powodzeniem może obstawić kilka pozycji na boisku – chyba niewielu skautów na Starym Kontynencie nie musi obecnie poszukiwać talentów o podobnych parametrach.

Jak jeszcze zwiększyć odporność przeczytaj na antrejce:

https://antrejka.pl/?s=odporno%C5%9B%C4%87

Wietrzenie szatni

Wietrzenie szatni

Kiedy latem ubiegłego roku przy ulicy Bułgarskiej  dochodziło do poważnej rewolucji kadrowej, większość kibiców z dużym dystansem przyglądała się poczynaniom władz Kolejorza. Z dystansem i brakiem wiary, że obrany przez włodarzy „Dumy Wielkopolski” kurs tym razem okaże się tym właściwym. Klub, wraz z końcem czerwca 2019 roku, bez większego żalu pożegnał aż 12 piłkarzy, a wśród nich znaleźli się także całkiem zasłużeni dla KKS-u Jasmin Burić i Łukasz Trałka. W ich miejsce sprowadzono kilku bardziej doświadczonych stranierich, jednocześnie znacznie szerzej otwierając drzwi dla adeptów poznańskiej Akademii.

Koszulka Lecha z herbem

Co więcej, zarówno prezes Karol Klimczak, wiceprezes Piotr Rutkowski oraz trener Dariusz Żuraw otwarcie zapowiadali, że sezon 2019/20 należy potraktować jako przejściowy i przed drużyną nie są stawiane żadne górnolotne cele sportowe. Takie deklaracje, a w zasadzie ich brak, nie spotkały się z najlepszym odbiorem zniecierpliwionych fanów Lecha, którzy na trofeum swojego ukochanego klubu czekają od 2016 roku. Tej jakże karkołomnej misji budowania podstaw pod nową drużynę, poza wspomnianym trenerem Żurawiem, podjąć się miał także całkiem nowy sztab w osobach między innymi Karola Bartkowiaka, Michała Chamery, Łukasza Becelli, Karola Kikuta czy Dariusza Skrzypczaka.

Nazwisko legendy poznańskiego Lecha nieprzypadkowo padło dopiero na końcu, ponieważ to właśnie jego osobie poświęcimy trochę więcej uwagi. Trener Skrzypczak znany jest starszym kibicom Kolejorza jeszcze z czasów, kiedy sam wybiegał na murawę przy Bułgarskiej. Przez blisko dekadę uzbierał prawie 300 występów w niebiesko-białym trykocie, podnosząc w tym czasie trzy trofea za mistrzostwo Polski oraz dwa Superpuchary. Karierę piłkarską zakończył w Szwajcarii, gdzie w późniejszym okresie całkowicie poświęcił się pracy szkoleniowej z młodzieżą, współpracując między innymi ze Szwajcarskim Związkiem Piłki Nożnej. To właśnie osoba Pana Skrzypczaka uznawana jest za głównego architekta eksplozji formy poznańskiej młodzieży. Ale wszystko po kolei.

Nowe rozdanie

Czego zatem mogliśmy spodziewać się po autorskim projekcie Dariusza Żurawia? Na pewno tego, że pierwszy trener Kolejorza ma na tą drużynę jakiś pomysł. Udowodnił to już wcześniej, pod koniec kompletnie nieudanego dla poznańskiej Lokomotywy sezonu 2018/19, kiedy jeszcze w roli strażaka zaproponował wysoki pressing, cierpliwe rozegranie od bramki i dużą ruchliwość pomiędzy poszczególnymi formacjami. I chociaż sezon należało już zaliczyć do przegranych, a wielu zawodników wiedziało, że to ich ostatnie podrygi w niebiesko-białych barwach, to nawet najwięksi malkontenci mogli zauważyć pewne pozytywne zmiany. Nieprzypadkowo, już jako pełnoprawny szkoleniowiec pierwszej drużyny, trener Żuraw zdecydował się na rozwijanie swojej wcześniejszej koncepcji.

Niestety nowy Lech jesienią ubiegłego roku grał w kratkę. Zaczął nieźle, potem złapał zadyszkę, zaczął odbudowywać swoja pozycję, aby ostatecznie pogubić trochę ważnych punktów. Gołym okiem można było dostrzec poprawę stylu gry, natomiast niekoniecznie przekładało się to na dorobek punktowy.  Kibiców nie potrafili przekonać do siebie zwłaszcza nowi piłkarze, kolejno w osobach holenderskiego bramkarza Mickiego Van der Harta, serbskiego stopera Djordje Crnomarkovicia oraz odpowiedzialnego za destrukcję Chorwata, Karlo Muhara. Z nowych twarzy jedynie Lubomir Satka prezentował równy, solidny poziom. Słabsza dyspozycja odbiła się z czasem na frekwencji, ponieważ stadion miejski przy Bułgarskiej pustoszał z miesiąca na miesiąc. Oczywiście warto w tym miejscu podkreślić, że nierówna forma Kolejorza związana była także z odważnym wprowadzaniem młodzieży, z której większość dopiero zdobywała pierwsze szlify na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Do samych wychowanków żaden rozsądny sympatyk Lecha nie powinien mieć jednak większych pretensji. 

Przerwa zimowa także nie należała do najspokojniejszych okresów w historii Lecha. Jeszcze w trakcie tureckiego zgrupowania klub opuścił lider formacji ofensywnej, Darko Jevtic, który wybrał ofertę rosyjskiego Rubina Kazań.  Co prawda udało się w międzyczasie zakontraktować Alana Czerwińskiego z Zagłębia Lubin, jednak ten, w obliczu braku porozumienia z włodarzami Miedziowych, zasili szeregi Kolejorza na zasadzie wolnego transferu dopiero od lipca. W jego miejsce na najbliższe pół roku klub musiał wypożyczyć wracającego po urazie reprezentanta Ukrainy, Bogdana Butko. Bezskuteczne okazały się za to poszukiwania konkurenta dla Christiana Gytkjaera, a Dani Ramirez, potencjalny następca sprzedanego do Rosji kapitana dołączył do zespołu tuż przed inauguracją rundy wiosennej.

Cierpliwości

Lech wszedł w nowy rok z przytupem. I chociaż w 6 meczach rundy rewanżowej zgromadził raptem 11 punktów na 18 możliwych, na własne życzenie gubiąc punkty kolejno przy Kałuży, w Białymstoku i na Reymonta, to postawa drużyny w każdym z rozegranych spotkań mogła się podobać, a Lech zaczął grać najbardziej atrakcyjną i ofensywną piłkę w Ekstraklasie. Nastąpiła wspomniana wcześniej prawdziwa eksplozja talentu naszych wychowanków w osobach Jakuba Modera, Kamila Jóźwiaka czy Jakuba Kamińskiego. Swoje trzy grosze dorzucili także zostawiający zawsze całe serducho Tymoteusz Puchacz i jeden z największych polskich diamencików, Filip Marchwiński.

Z tą świetną formą młodzieżowców, niezależnie od wymiaru czasowego jaki otrzymują, związana jest właśnie postać Dariusza Skrzypczaka. Zawsze pogodny, uśmiechnięty trener zdaje się wykonywać kapitalną pracę z adeptami Akademii Lecha Poznań, czego wymierne efekty przyszły właśnie na wiosnę – chociaż uczciwie trzeba przyznać, że akurat Kamil Jóźwiak jest gwiazdą Ekstraklasy od początku sezonu . Nieprzypadkowo to właśnie w kierunku trenera Skrzypczaka po strzelonej z Lechią bramce podbiegł popularny Marchewa. Nieprzypadkowo to właśnie o nim w samych superlatywach i z dużym szacunkiem wypowiadali się w różnych wywiadach pozostali Lechici.

To właśnie naszym wielkopolskim gzubom i ejbrom, wychowankom poznańskiego Lecha, poświęcony będzie cykl o nazwie „Duma Wielkopolski”.  Zachęcamy do śledzenia!