Wszystkie wpisy, których autorem jest Marcin

Poczytajmy – Sapiens. Od zwierząt do bogów.

Chociaż to nieco kontrowersyjna teza, „areszt domowy” związany z szalejącą na świecie epidemią koronawirusa ma także swoje zalety. Jedną z nich jest niewątpliwie nadmiar wolnego czasu, który można spożytkować na dziesiątki różnych sposobów. Ja postanowiłem poświęcić się zajęciu, które od zawsze sprawiało mi wiele przyjemności, ale na które wcześniej nierzadko brakowało energii czy wolnej chwili. Rzuciłem się w wir czytania. Stąd właśnie pomysł na nową serię o nazwie „Poczytajmy”.

Recenzowanie książek zaczniemy z przytupem, ponieważ pierwsza lektura to sprzedany w ponad 8 milionach egzemplarzy światowy bestseller, pod tytułem „Sapiens. Od zwierząt do bogów”. Jego autorem jest izraelski historyk i profesor na Uniwersytecie Hebrajskim, Yuval Noah Harari, który poza pisaniem zajmuje się także wystąpieniami publicznymi – o historii człowieka i nie tylko opowiada między innymi na cieszących się rosnącym zainteresowaniem konferencjach naukowych TED, dostępnych na YouTube. Jako rekomendację pióra Harariego mogą posłużyć także pochlebne opinie z ust tak znanych ludzi, jak Bill Gates, Barack Obama czy Mark Zuckerberg.

Herbatka, lektura, łono natury – czy można prosić o więcej?

Tyle słowem wstępu, przejdziemy teraz już do samej książki, bo naprawdę jest o czym mówić. „Sapiens. Od zwierząt do bogów” znalazło się w mojej domowej biblioteczce dosyć niedawno, chociaż pierwsze rekomendacje ze strony różnych środowisk usłyszałem już kilkanaście miesięcy wcześniej. Moja opieszałość w zabraniu się za lekturę wynikała zasadniczo z dwóch przyczyn. Pierwsza z nich to fakt, że mamy do czynienia z całkiem „opasłym tomiskiem”, wersja w twardej okładce, którą posiadam, liczy sobie ponad 500 stron. Drugą przyczyną jest tematyka, ponieważ chcąc nie chcąc mówimy tutaj o książce historycznej. Obawiałem się, że czeka mnie mozolne przedzieranie się przez szereg nudnych, mniej lub bardziej istotnych opisów. Nic bardziej mylnego.

Styl Harariego może się spodobać szczególnie z uwagi na jego przystępność. Umiejscowienie poszczególnych wydarzeń czy dat na osi czasu świadomie zostało zepchnięte na drugi plan, a autor niczym średniowieczny bard raczy nas swoimi kapitalnymi anegdotami. Na przykład na stronie 54 znalazłem świetną opowieść o tym, dlaczego jako społeczeństwo jesteśmy tacy otyli:

„Zamożne społeczeństwa doby współczesnej borykają się z plagą otyłości. Jemy nawet wtedy, kiedy zaspokoiliśmy głód i nie potrzebujemy jedzenia. Co gorsza, nie potrafimy zjeść tylko jednego chipsa ziemniaczanego. Napychamy się najbardziej słonymi, słodkimi, tłustymi i wysokokalorycznymi przekąskami, jakie udaje nam się zdobyć. Aby to wyjaśnić, należy przyjrzeć się zwyczajom żywieniowym naszych trudniących się łowiectwem i zbieractwem praprzodków. Na sawannach i w lasach, jakie zamieszkiwali, wysokokaloryczne słodycze należały do rzadkości, a jedzenia w ogóle było mało. Przed 30 tysiącami lat typowy zbieracz-łowca miał dostęp tylko do jednego rodzaju słodkiego pożywienia – dojrzałych owoców. Kiedy żyjąca w epoce kamienia kobieta natrafiała na uginające się od fig drzewo, najrozsądniejszą rzeczą było spałaszowanie na miejscu tylu owoców, ile tylko się dało, nim dopadnie je okoliczna horda pawianów. Instynkt objadania się bogatym w kalorie pożywieniem jest „wdrukowany” w nasze geny. Może i żyjemy dziś w mieszkaniach wyposażonych w wypełnione po brzegi lodówki, ale nasze DNA wciąż jest przekonane, że mieszkamy na sawannie. To dlatego potrafimy pochłaniać całe opakowanie lodów, które natrafiliśmy w zamrażarce, i popijać je wielką butelką coca-coli.”

Takich smaczków na kartach „Sapiens. Od zwierząt do bogów” znajdziemy całe mnóstwo, dlatego nie będę zdradzał Wam wszystkiego. Co istotne, książka bardzo rozsądnie została podzielona na sekcje  poświęcone innymi aspektom życia naszych przodków, dlatego możemy delektować się lekturą, przyswajając ją we własnym tempie.

Na kartach „Sapiens. Od zwierząt do bogów” znajdziemy także kilka interesujących ilustracji.

Czy na świecie istniało kilka gatunków człowieka? Dlaczego to właśnie homo sapiens włada światem? Kiedy postanowiliśmy porzucić koczowniczy tryb życia i dlaczego? Czy nasi przodkowie, żyjący tysiące lat temu, byli od nas bardziej inteligentni? Jak powstawały religie świata? Czy wierność jednej osobie leży w naszej naturze? Ile gatunków stworzeń wyginęło kosztem „postępu”? Po co udomowiliśmy zwierzęta i dlaczego akurat psy? – między innymi na te oraz dziesiątki innych pytań, Harari w swoim odrobinę humorystycznym stylu próbuje odpowiedzieć w trakcie tej wspaniałej podróży po dziejach człowieka.

Bywają też oczywiście momenty trudne, niechlubnie odbite na kartach historii, przy których nawet tym mniej wrażliwym odbiorcom włos może jeżyć się na głowie. Niestety, zarówno nasi przodkowie, jak i ludzie współcześni, w drodze do realizacji sobie znanych celów postępowali okrutnie względem jednostek słabszych, często bezbronnych. Autor nie koloryzuje, nie zakrzywia rzeczywistości, tylko rzetelnie stara się przedstawić przyczyny i konsekwencje podejmowanych przez nas działań. Właśnie z uwagi na ten obiektywizm warto polecić lekturę „Sapiens. Od zwierząt do bogów” nawet najbardziej zatwardziałym w swoich poglądach czytelnikom.

Następne lektury już czekają na kilka słów recenzji.

Recenzja wyszła trochę enigmatyczna, ale jest to zabieg celowy, ponieważ warto samemu odkryć, jakie jeszcze ciekawostki skrywa znany na całym świecie bestseller Yuvala Noah Harariego. Na sam koniec podzielę się z Wami kolejnym cytatem, który szczególnie zapadł mi w pamięci (str. 290):

„Badamy historię nie po to, by odgadywać przyszłość, ale by poszerzać nasze horyzonty, uzmysławiać sobie, że panujący stan rzeczy nie jest ani naturalny, ani nieunikniony, i że w konsekwencji mamy przed sobą znacznie więcej możliwości, niż sobie wyobrażamy.”

Jak jeszcze zwiększyć odporność przeczytaj na antrejce:

https://antrejka.pl/?s=odporno%C5%9B%C4%87

Waleczne Serce!

Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie trochę zarozumiałego, zbyt pewnego siebie. W seniorach Kolejorza otrzymał szansę debiutu już blisko 3 lata temu, ale droga do następnych ekstraklasowych występów w niebiesko-białych barwach okazała się dla niego wyjątkowo kręta i wyboista. Był ważną postacią kolejnych reprezentacji młodzieżowych, jednak cały czas czeka na powołanie od selekcjonera kadry U-21, Czesława Michniewicza.  Część z Was pewnie już się domyśla o kim mowa, ale gwoli formalności – pierwszym bohaterem cyklu „Duma Wielkopolski” będzie Tymoteusz Puchacz.

Chociaż z Lechem popularny „Puszka” związany jest od 2013 roku, jego kariera mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Jak zdradził w jednym z jesiennych wywiadów dla Przeglądu Sportowego (autor Maciej Sypuła):

„…Miałem 13 lat i grałem w turnieju, gdzie mierzyły się ze sobą reprezentacje różnych województw. Tam właśnie wypatrzył mnie Radosław Kucharski, który wtedy był skautem Legii. Wpadłem mu w oko, od razu odszukał moich rodziców i powiedział, że z miejsca mnie biorą do siebie. Byłem kibicem Lecha od zawsze, ale tata mówił mi wtedy, że nie mogę tak na to patrzeć, bo przede wszystkim muszę grać w piłkę i skupiać się na rozwoju…”

Ostatecznie wszystko skończyło się po myśli pochodzącego z okolic Świebodzina zawodnika, ponieważ chwilę później ofertę złożyli także Poznaniacy i Tymek bez wahania wybrał rozwój w położonej we Wronkach prestiżowej akademii.

Pierwsze koty za płoty

W Lechu dosyć sprawnie pokonywał kolejne szczeble na poziomie juniorskim, z czasem coraz głośniej pukając do drzwi pierwszego zespołu. Swoją szansę otrzymał od Nenada Bjelicy, który wpuścił nastolatka na ostatnie 10 minut w wyjazdowym spotkaniu sezonu 2016/17 przeciwko Termalice Bruk-Bet Nieciecza. Jednak pierwszym tak naprawdę poważnym testem dla „Puszki” miało okazać się dopiero wypożyczenie do pierwszoligowego Zagłębia Sosnowiec, do którego trafił zimą 2018 roku – podobną drogę w przeszłości pokonywało wielu innych adeptów akademii, z Janem Bednarkiem czy Robertem Gumnym na czele. W Sosnowcu na młodzieżowego reprezentanta Polski nie czekała jednak żadna taryfa ulgowa, ponieważ Zagłębie pod batutą Dariusza Dudka na wiosnę miało realnie włączyć się do wyścigu o awans do Ekstraklasy. Rzucony na głęboką wodę „Puszka” poradził sobie znakomicie – na lewym boku obrony rozegrał wszystkie spotkania rundy wiosennej, walnie przyczyniając się tym samym do końcowego sukcesu Zagłębiaków.

Nie było zatem niespodzianką, że po awansie do najwyższej klasy rozgrywkowej Dariusz Dudek zamierzał dalej korzystać z usług ofensywnie przysposobionego obrońcy. Niestety trwało to stosunkowo krótko – po nieudanej inauguracji sezonu 2018/19 to młodziutki Puchacz stał się jedną z pierwszych ofiar awanturniczej i chaotycznej polityki Zagłębia, które w hurtowych ilościach sprowadzało kolejnych wątpliwej jakości kopaczy, desperacko upatrując w nich nadziei na utrzymanie. Pod koniec letniego okienka Tymek zrozumiał, że w Sosnowcu nie spotka go już więcej nic dobrego,  dlatego w trosce o dalszy rozwój kariery, rzutem na taśmę, zdążył zaczepić się na kolejnym wypożyczeniu, tym razem w pierwszoligowym GKS Katowice. Ostatecznie ten sezon nie należał do najbardziej udanych, ani indywidualnie dla Puchacza, który trochę obniżył loty, ani dla samej Gieksy, która sezon kończyła z hukiem spadając do drugiej ligi.

Trudne chwile

Mimo wszystko katowickiej przygody wychowanek Lecha nie może wspominać wyłącznie negatywnie, ponieważ regularna gra pozwoliła mu załapać się do kadry Jacka Magiery na Mistrzostwa Świata U-20. Kadry, w której Tymek miał być jedną z kluczowych postaci podczas rozgrywanej w Polsce imprezy. Tego okresu młody Lechita również nie będzie szczególnie wspominać – w meczu otwarcia przeciwko Kolumbii wystąpił co prawda z kapitańską opaską, ale po nieudanym występie pozostałe zmagania swoich kolegów oglądał z ławki, zaliczając jedynie epizodyczne występy z Senegalem i Włochami.

I tutaj dobrnęliśmy do momentu prawdy, jaki czekał na Tymoteusza Puchacza po powrocie z blisko półtorarocznej śląskiej tułaczki. W Lechu na całego trwała ubiegłoroczna letnia rewolucja, a jej najbardziej istotnym elementem miało być oparcie drużyny właśnie o poznańską młodzież, adeptów znanej w tej części kontynentu Akademii Lecha Poznań. Popularny „Puszka” na taką szansę czekał od dawna, ale postawione przed nim zadanie wcale nie należało do najłatwiejszych – o miejsce w składzie docelowo miał rywalizować z dużo bardziej doświadczonym, chociaż nie potrafiącym ustabilizować formy, Wołodymyrem Kostewyczem. Jako kibic dosyć sceptycznie podchodziłem do osoby wychowanka, zwłaszcza, że w przedsezonowych materiałach emitowanych w klubowej telewizji jawił się trochę jako celebryta.  Jak się później okazało – nic bardziej mylnego, tym samym biję się w pierś i pierwszy posypuję głowę popiołem. Ale po kolei.

Będą z niego ludzie

Tymek od najmłodszych lat uchodził za uniwersalnego zawodnika, występując na różnych etapach kariery zarówno w ataku, na skrzydłach, jako wahadłowy czy klasyczny boczny obrońca. Jego walory, takie jak duża szybkość, przebojowość, siła i nieźle ułożona lewa noga pozwalały mu dosyć szybko dostosować się do wizji kolejnych trenerów. Chociaż w trakcie seniorskiej kariery najczęściej ustawiany był jako lewy obrońca, trener Żuraw bardzo dobrze wiedział co robi dając Puchaczowi więcej swobody i bardziej ofensywne zadania. Po nieco chaotycznym początku z meczu na mecz mogliśmy obserwować coraz lepszego zawodnika, niezależnie czy akurat występował jako prawo czy lewoskrzydłowy. Z czasem przyszły także liczby, a warto w tym miejscu zaznaczyć, że jak już „Puszka” strzela, to w stylu „stadiony świata”.

Tutaj rajd, którego nie powstydziłby się sam Arjen Robben:

Żródło: oficjalny kanał PKO BP Ekstraklasy na YouTube

A tutaj precyzyjna lufa prosto w widły:

Żródło: oficjalny kanał PKO BP Ekstraklasy na YouTube

W dzisiejszym wpisie już dwukrotnie wspomniałem o moim nieco negatywnym, ostatecznie jednak całkowicie błędnym odbiorze wizerunku piłkarza. Faktycznie, „Puszka” lubi pogadać, nie wstydzi się kamery, czasami trochę buńczucznie wypowiada się na różne tematy. Ale bije też od niego taka bezwarunkowa, zaszczepiona już za młodzieńczych lat miłość do Lecha, a sam wielokrotnie wspomina, że gra z Kolejowym herbem na piersi to spełnienie jego marzeń. Na boisku haruje za dwóch, jeździ na tyłku do ostatniej minuty, zostawia kawał serducha. I nawet jeżeli czasami jego wypowiedź zabrzmi trochę niefortunnie, to jednak po lepszym poznaniu nie sposób go nie polubić i przede wszystkim nie szanować.

Przymiotów Puchacza, jakimi niewątpliwie są także duże przyspieszenie na krótkim dystansie, odważna gra jeden na jednego czy umiejętność zastawiania piłki, nie może dłużej lekceważyć wspomniany na wstępie Czesław Michniewicz, który przed wybuchem epidemii nosił się z poważnym zamiarem wyróżnienia Lechity powołaniem do Reprezentacji Polski U-21. Tymka pozostaje pocieszyć tym, że jeżeli dalej będzie solidnie pracował i grał swoje to nie tylko drzwi kadry uchylą się przed nim szeroko. Jeżeli tylko popracuje nad swoimi wadami, między innymi nad celnością uderzeń, grą słabszą nogą i większym spokojem w rozgrywaniu piłki to nie tylko KKS będzie miał w najbliższej przyszłości dużo pociechy z jego gry . Młody, dynamiczny, silny i lewonożny zawodnik, który z powodzeniem może obstawić kilka pozycji na boisku – chyba niewielu skautów na Starym Kontynencie nie musi obecnie poszukiwać talentów o podobnych parametrach.

Jak jeszcze zwiększyć odporność przeczytaj na antrejce:

https://antrejka.pl/?s=odporno%C5%9B%C4%87

Wietrzenie szatni

Wietrzenie szatni

Kiedy latem ubiegłego roku przy ulicy Bułgarskiej  dochodziło do poważnej rewolucji kadrowej, większość kibiców z dużym dystansem przyglądała się poczynaniom władz Kolejorza. Z dystansem i brakiem wiary, że obrany przez włodarzy „Dumy Wielkopolski” kurs tym razem okaże się tym właściwym. Klub, wraz z końcem czerwca 2019 roku, bez większego żalu pożegnał aż 12 piłkarzy, a wśród nich znaleźli się także całkiem zasłużeni dla KKS-u Jasmin Burić i Łukasz Trałka. W ich miejsce sprowadzono kilku bardziej doświadczonych stranierich, jednocześnie znacznie szerzej otwierając drzwi dla adeptów poznańskiej Akademii.

Koszulka Lecha z herbem

Co więcej, zarówno prezes Karol Klimczak, wiceprezes Piotr Rutkowski oraz trener Dariusz Żuraw otwarcie zapowiadali, że sezon 2019/20 należy potraktować jako przejściowy i przed drużyną nie są stawiane żadne górnolotne cele sportowe. Takie deklaracje, a w zasadzie ich brak, nie spotkały się z najlepszym odbiorem zniecierpliwionych fanów Lecha, którzy na trofeum swojego ukochanego klubu czekają od 2016 roku. Tej jakże karkołomnej misji budowania podstaw pod nową drużynę, poza wspomnianym trenerem Żurawiem, podjąć się miał także całkiem nowy sztab w osobach między innymi Karola Bartkowiaka, Michała Chamery, Łukasza Becelli, Karola Kikuta czy Dariusza Skrzypczaka.

Nazwisko legendy poznańskiego Lecha nieprzypadkowo padło dopiero na końcu, ponieważ to właśnie jego osobie poświęcimy trochę więcej uwagi. Trener Skrzypczak znany jest starszym kibicom Kolejorza jeszcze z czasów, kiedy sam wybiegał na murawę przy Bułgarskiej. Przez blisko dekadę uzbierał prawie 300 występów w niebiesko-białym trykocie, podnosząc w tym czasie trzy trofea za mistrzostwo Polski oraz dwa Superpuchary. Karierę piłkarską zakończył w Szwajcarii, gdzie w późniejszym okresie całkowicie poświęcił się pracy szkoleniowej z młodzieżą, współpracując między innymi ze Szwajcarskim Związkiem Piłki Nożnej. To właśnie osoba Pana Skrzypczaka uznawana jest za głównego architekta eksplozji formy poznańskiej młodzieży. Ale wszystko po kolei.

Nowe rozdanie

Czego zatem mogliśmy spodziewać się po autorskim projekcie Dariusza Żurawia? Na pewno tego, że pierwszy trener Kolejorza ma na tą drużynę jakiś pomysł. Udowodnił to już wcześniej, pod koniec kompletnie nieudanego dla poznańskiej Lokomotywy sezonu 2018/19, kiedy jeszcze w roli strażaka zaproponował wysoki pressing, cierpliwe rozegranie od bramki i dużą ruchliwość pomiędzy poszczególnymi formacjami. I chociaż sezon należało już zaliczyć do przegranych, a wielu zawodników wiedziało, że to ich ostatnie podrygi w niebiesko-białych barwach, to nawet najwięksi malkontenci mogli zauważyć pewne pozytywne zmiany. Nieprzypadkowo, już jako pełnoprawny szkoleniowiec pierwszej drużyny, trener Żuraw zdecydował się na rozwijanie swojej wcześniejszej koncepcji.

Niestety nowy Lech jesienią ubiegłego roku grał w kratkę. Zaczął nieźle, potem złapał zadyszkę, zaczął odbudowywać swoja pozycję, aby ostatecznie pogubić trochę ważnych punktów. Gołym okiem można było dostrzec poprawę stylu gry, natomiast niekoniecznie przekładało się to na dorobek punktowy.  Kibiców nie potrafili przekonać do siebie zwłaszcza nowi piłkarze, kolejno w osobach holenderskiego bramkarza Mickiego Van der Harta, serbskiego stopera Djordje Crnomarkovicia oraz odpowiedzialnego za destrukcję Chorwata, Karlo Muhara. Z nowych twarzy jedynie Lubomir Satka prezentował równy, solidny poziom. Słabsza dyspozycja odbiła się z czasem na frekwencji, ponieważ stadion miejski przy Bułgarskiej pustoszał z miesiąca na miesiąc. Oczywiście warto w tym miejscu podkreślić, że nierówna forma Kolejorza związana była także z odważnym wprowadzaniem młodzieży, z której większość dopiero zdobywała pierwsze szlify na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Do samych wychowanków żaden rozsądny sympatyk Lecha nie powinien mieć jednak większych pretensji. 

Przerwa zimowa także nie należała do najspokojniejszych okresów w historii Lecha. Jeszcze w trakcie tureckiego zgrupowania klub opuścił lider formacji ofensywnej, Darko Jevtic, który wybrał ofertę rosyjskiego Rubina Kazań.  Co prawda udało się w międzyczasie zakontraktować Alana Czerwińskiego z Zagłębia Lubin, jednak ten, w obliczu braku porozumienia z włodarzami Miedziowych, zasili szeregi Kolejorza na zasadzie wolnego transferu dopiero od lipca. W jego miejsce na najbliższe pół roku klub musiał wypożyczyć wracającego po urazie reprezentanta Ukrainy, Bogdana Butko. Bezskuteczne okazały się za to poszukiwania konkurenta dla Christiana Gytkjaera, a Dani Ramirez, potencjalny następca sprzedanego do Rosji kapitana dołączył do zespołu tuż przed inauguracją rundy wiosennej.

Cierpliwości

Lech wszedł w nowy rok z przytupem. I chociaż w 6 meczach rundy rewanżowej zgromadził raptem 11 punktów na 18 możliwych, na własne życzenie gubiąc punkty kolejno przy Kałuży, w Białymstoku i na Reymonta, to postawa drużyny w każdym z rozegranych spotkań mogła się podobać, a Lech zaczął grać najbardziej atrakcyjną i ofensywną piłkę w Ekstraklasie. Nastąpiła wspomniana wcześniej prawdziwa eksplozja talentu naszych wychowanków w osobach Jakuba Modera, Kamila Jóźwiaka czy Jakuba Kamińskiego. Swoje trzy grosze dorzucili także zostawiający zawsze całe serducho Tymoteusz Puchacz i jeden z największych polskich diamencików, Filip Marchwiński.

Z tą świetną formą młodzieżowców, niezależnie od wymiaru czasowego jaki otrzymują, związana jest właśnie postać Dariusza Skrzypczaka. Zawsze pogodny, uśmiechnięty trener zdaje się wykonywać kapitalną pracę z adeptami Akademii Lecha Poznań, czego wymierne efekty przyszły właśnie na wiosnę – chociaż uczciwie trzeba przyznać, że akurat Kamil Jóźwiak jest gwiazdą Ekstraklasy od początku sezonu . Nieprzypadkowo to właśnie w kierunku trenera Skrzypczaka po strzelonej z Lechią bramce podbiegł popularny Marchewa. Nieprzypadkowo to właśnie o nim w samych superlatywach i z dużym szacunkiem wypowiadali się w różnych wywiadach pozostali Lechici.

To właśnie naszym wielkopolskim gzubom i ejbrom, wychowankom poznańskiego Lecha, poświęcony będzie cykl o nazwie „Duma Wielkopolski”.  Zachęcamy do śledzenia!